Witamy na stronie Urzędu Gminy w Rudzińcu.

„Dom to nie tylko mury. To poczucie, że jestem u siebie”. Rozmowa z Sylwią Młocek, mieszkanką Pławniowic i autorką książek pełnych emocji. Tym razem nie będziemy rozmawiać o pisaniu. Poznajmy Sylwię taką, jaką jest na co dzień - jako mamę, żonę, kobietę, która wiele w życiu przeszła i dziś z odwagą mówi o swoich doświadczeniach.

Wracając z emigracji, wybrała Pławniowice nieprzypadkowo. To tutaj postanowiła zbudować dom i stworzyć bezpieczną przestrzeń dla swojej rodziny. To tu, w ciszy i spokoju, dojrzewały emocje, które przelewa na papier. Rozmawiamy o intuicji, wdzięczności, o sile wsparcia i tym, co naprawdę daje poczucie spełnienia.

Redakcja: Co zobaczyłaś w Pławniowicach, że postanowiłaś właśnie tutaj zacząć nowy rozdział życia?
Sylwia: Ciszę. Spokój. Jezioro. I to coś, czego nie da się wytłumaczyć - zadziałała kobieca intuicja, która powiedziała mi, że właśnie tutaj zbudujemy nie tylko dom, ale też nowy początek. Przyjechaliśmy z Niemiec, gdzie spędziliśmy prawie dziesięć lat. Zdecydowaliśmy się wrócić do Polski i szukaliśmy miejsca, które będzie naszym azylem, a Pławniowice nas urzekły. 

R: A co z pisaniem?
Sylwia (wesoło): Nie było odwrotu. Mój mąż, największy przyjaciel i duch mojego sukcesu, pewnego dnia powiedział: 
„Nawet jeśli nic z tego nie będzie, najwyżej do końca życia będziesz rozdawać znajomym swoje książki”. I to zdjęło ze mnie cały lęk. Pisałam w zeszycie, odręcznie, przede wszystkim nocami. Pierwsza książka była surowa – zbyt emocjonalna, ale potrzebna. To było wyzwalające, dla osoby tak wrażliwej, jak ja. 

R: Pisanie jako sposób na poukładanie myśli?
Sylwia: Zdecydowanie. Moje książki nie są ilustracją mojego życia, ale noszą w sobie jego ślad. Emocje w nich to odbicie doświadczeń, które ukształtowały mnie jako kobietę.

R: Napisałaś już sześć książek. A teraz – kolejna. I to z akcją osadzoną w Pławniowicach...
Sylwia: Tak. Wrzesień przyniesie premierę nowej powieści. Jest we mnie dużo wdzięczności - za miejsce, za ludzi, za wspomnienia, które stały się tłem tej historii. To książka bardzo osobista, ale i uniwersalna. O tym, co człowiek gotów jest zrobić, by być kochanym. I co się dzieje, gdy tej miłości zabraknie.

R: Twoja twórczość łączy codzienność z głęboką emocjonalnością. Skąd ta wrażliwość?
Sylwia: Z życia. Pochodzę z biednego domu, w którym nie było rzeczy oczywistych. Dziś największym luksusem jest dla mnie to, że mogę sama decydować o swoim świecie. Moja rodzina, dom, cisza wieczorem - to są moje największe nagrody.

R: Czy trzeba coś w życiu stracić, żeby nauczyć się naprawdę doceniać to, co się ma? Czy pokora przychodzi dopiero wtedy, gdy życie postawi nas w roli ucznia, a nie zwycięzcy?
Sylwia: Pokora, którą mam w sobie, to efekt doświadczeń. Dopiero kiedy życie cię przetestuje, zaczynasz naprawdę doceniać to, co masz. Cieszę się z drobnostek, bo wiem, że to właśnie one są codziennym szczęściem.

R: Dziś wnosisz świeży powiew do lokalnej społeczności. Jak czujesz się jako „nowa” mieszkanka Pławniowic?
Sylwia: Przyjęto mnie tu z otwartością. Naprawdę. Mieszkańcy okazali mi życzliwość, szczerość, wsparcie. Czuję się częścią tej społeczności. Dlatego zawsze podkreślam - jestem wdzięczna, choć nie zawsze było bajkowo. 

R: Co powiedziałabyś innym kobietom, które czują, że coś w nich drzemie, ale się boją?
Sylwia: Że warto zaryzykować, nawet jeśli nie od razu się uda - to próbując, robimy dla siebie więcej, niż się nam wydaje. Nie zawsze trzeba od razu tworzyć arcydzieła. Czasem wystarczy... zacząć. Warto pamiętać, że nie trzeba mieć wszystkiego zaplanowanego. Wystarczy mieć serce otwarte i wiarę w to, że nawet mały krok może prowadzić do wielkiej zmiany. Każda z nas ma w sobie coś wyjątkowego. Trzeba tylko dać sobie prawo, żeby to usłyszeć.

 

Przewiń do góry